Versace Pour Homme Dylan Blue

Dotarliśmy do momentu, gdy kopiowanie innych stało się receptą na natychmiastowy sukces. Przy czym każdy temu zaprzecza, udając, że jest jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny i oryginalny. Wystarczy jednak krótkie spojrzenie na instagrama, facebooka, czy którakolwiek ulice, niezależnie czy miasta czy wsi, by zrozumieć, że oryginalność wyparta została przez nurt, którego jeszcze nie potrafię nazwać. Jednak charakteryzuje się on ogólną prostotą bycia, prostotą myślenia, prostotą emocjonalną, prostotą obyczajów. Tak więc prostota, która ukrywa przeciętność chce nas nabrać wmawiając nam, że jest lepsza, bo łatwiejsza, szybsza i nie trzeba się starać. O nic i o nikogo.

 

Przez to wszystko treść została zastąpiona przez wizję, w dodatku taką, która nie niesie za sobą żadnego przesłania. Podobnie stało się ze światem męskich perfum. Gdy pojawia się lider w głównej dziedzinie, kopiowany jest przez każdego, kto nie chce popaść w niełaskę klientów. Tak było w przypadku 1 Milliona i jego (o ironio) miliona naśladowców, Invictusa, a teraz także Diora Sauvage. Każdy chce mieć coś na daną modłę w swoim portfolio. I prawie każdy już ma. Sztuczka polega na tym, by być jednym z pierwszych naśladowców, inaczej kawałek tortu, który się ugryzie będzie za mały, by przetrwać posadzonym o wtórność.

 

zdj. Mateusz Warzecha 

 

Versace na swoje szczęście miało nosa wypuszczając Pour Homme Dylan Blue w idealnym momencie ogólnoświatowego szału na ambroksan, zakurzona stylistykę bad boya i Diora Sauvage. Zawsze uważałem, że marka Versace wyspecjalizowała się w podstępnym łapaniu klientów na otwarcie swoich perfum. Tak jest i tym razem. Przez pierwszych kilka kwadransów perfumy te jawią się jako piękny, męski i na wskroś współczesny zapach, podszyty włoską tradycją tworzenia perfum. Gdzieś w tle nadal odnaleźć można echo standardowej wersji Versace Pour Homme, co również może wpłynąć na decyzję o zakupie, wszak Pour Homme posiada wielu zwolenników, jest lotne i pociągające w każdym stadium trwania.

 

Co się więc dziwić, że włosi po raz kolejny poszli po najniższej linii oporu w tej kwestii miksując ze sobą cytrusy i nuty wodne.

 

Jest to połączenie bardzo uniwersalne i przyjemne, dzięki czemu trudno znaleźć osobę, która by się mu oparła. Ja także dałem się nabrać. Po pierwszym uderzeniu, które trwa około godzinę dusza quasi-savage bierze górę. Od tego momentu Dylan Blue straszy swoją lekko detergentową naturą, za którą w moim odczuciu odpowiada ambroksan. Skoro ambroksanowa bomba już wybuchła, to warto bym poświecił jej chociaż kilka słów. Otóż ta uwielbiana (nie przeze mnie) nuta jest tak nachalna, jak bardzo dominuje całą kompozycję, że z trudnością wyczuć można inne składniki, a jest ich tu całkiem sporo, min kadzidło, pieprz, szafran, papirus, fiolek. Ktoś kiedyś napisał, że ożycie abroxanu w kompozycji perfum to jak użycie „cheat” kodu w grze. Użyjesz go i wiesz, że wygrasz. W rzeczywistości nadal będziesz oszustem :P
Na mojej skórze wychodzi także pewna słodycz, która przypomina trochę Invictusa potrafi być ona momentami przyjemna. Jednak na dłuższą metę potrafi mi się od niej zakręcić w głowie. Wiem, że wiele osób odbiera Dylan Blue jako zapach świeży, co tym bardziej mnie dziwi, ja świeżości w nim nie dostrzegam prawie wcale.

 

Reklamowany przez wymuskanych, ultra-metroseksualnych modeli, ubranych w skóry dosiadających swoje stalowe rumaki Dylan Blue broni się jednak wyglądem flakonu, nota bene w tej samej formie co standardowy Pour Homme. Tym razem jest on głęboko niebieski, ze złotymi wstawkami i przyznam, że jego prosty, acz wyrazisty wygląd może się podobać, będąc świetnym wabikiem na klientów. Obcowanie z nim jest bardzo przyjemne, atomizer wypuszcza niewielkie chmurki, aczkolwiek bardzo łatwo je kontrolować. Ich skroplenie jest bardzo dobre.

 

zdj. Mateusz Warzecha 

 

Spotkałem się z opiniami, że to bardzo uniwersalne męskie perfumy. Podobają się otoczeniu, co akurat jest prawdą. Mi zaś jako posiadaczowi wielu innych perfum trudno odnaleźć sytuacje, w której mógłbym go użyć. Nie wydaje mi się wystarczająco elegancki do garnituru, ani nawet koszuli, za mało zadziorny do zwykłego T-shirta, zbyt meczący po siłowni i równie uporczywy do noszenia bez okazji. To trochę jak z posiadaniem kabrioletu. Jest fajnie przez pierwszych kilka dni, ale potem okazuje się, że zakupy nie mieszczą się do bagażnika, na tylnej kanapie wygodnie usiada tylko osoby bez dolnych kończyn, a szum wiatru i słonce na twarzy nie rekompensują ciągle potarganych włosów i przeziębionych zatok.

 

Podsumowując: Dylan Blue to zapach udany. Udany jednak dlatego, że został stworzony na podstawie oczekiwań rynku. Brakuje mi w nim jakiegoś pierwiastka geniuszu, czegoś ludzkiego. Dlatego cały czas odnoszę wrażenie, że stworzył go jakiś algorytm, do którego wrzucono wszystko co najpopularniejsze na rynku, wymieszano i opakowano w przepiękny flakon. Dlatego nie zaprzyjaźnię się z nim i mój flakon powędruje w świat.

Twórca kompozycji: nn
Rok: 2016
Nuty głowy: nuty wodne, kalabryjska bergamotka, grejpfrut, liść figi;
Nuty serca: liść fiołka, papirus, paczula, czarny pieprz, ambroksan;
Nuty bazy: piżmo, kadzidło, fasolka tonka, szafran
Kompozycja: 4/10
Trwałość: 8/10
Projekcja: 9/10
Ocena ogólna: 21/30

Jeśli podoba Ci się mój blog podziel się adresem do niego ze swoimi kochającymi zapachy przyjaciółmi.

 

30/11/2018   Autor wpisu: Mateusz Warzecha

Podziel się ze światem:

2 comments on “Versace Pour Homme Dylan Blue”

  1. Nie wiem jak Ty to robisz, ale zdjęcia są przeboskie :). Aż miło się czyta. Oby więcej takich :)

    1. Mateusz Warzecha pisze:

      Dziękuję, cały czas szlifuję swój warsztat :-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up