Versace Eros Flame

Zawsze darzyłem perfumy marki Versace sentymentem, w końcu były to moje pierwsze „dorosłe” perfumy. Gdziekolwiek się nie pojawiłem tam można było poczuć ode mnie Man Eau Fraiche.

Lata 2006 i 2008 przyniosły ze sobą premiery najlepszych moim zdaniem w ofercie włochów wspomniany wcześniej Man Eau Fraiche oraz Pour Homme. Kolejne premiery wydawane były jakby z lekką, ale zauważalną zadyszką: Pour Homme Oud będące zapachem całkiem niezłym, ale zbyt naśladującym Man. Następnie w gruncie rzeczy całkiem oryginalny Eros skierowany do młodszej klienteli oraz Dylan Blue, czyli odpowiedź na popularność Diora Sauvage 2015. Na szczęście marka nie strzela nowymi flankerami niczym z karabinu maszynowego, tak jak to robi YSL z linią L’Homme. Versace nie strzela też ślepakami. Bo o ile ich kompozycje nie zawsze trzymają jednakowego poziomu to jednak mają w sobie ogólną myśl przewodnią i mogą się podobać, co w mainstreamie jest przecież najważniejsze.

6 lat od wydania Erosa to całkiem sporo i aż się dziwie czemu tak długo zajęło im stworzenie pierwszego flankera. Rubinowo czerwony flakon ze złotym korkiem zapewne ma nawiązywać do nazwy Flame (ang. płomień).

 

Sama premiera Versace Eros Flame przeszła szerokim echem w świecie perfumomaniaków, jedno to kwestia, że perfumy Versace zawsze trzymają poziom. Druga kwestia to nuty róży i geranium, które są dość trudne dla przeciętnego odbiorcy męskich perfum i rzadko dobrze wyakcentowane. Trzecia rzecz to taka, że wielu czytając o tej premierze i spisie nut chciałoby doszukać się podobieństwa do Xeryus Rouge od Givenchy. Takiego podobieństwa jednak nie ma. Zapachy te są od siebie tak oddalone jak polska polityka oddalona jest od zdrowego rozsądku.

 

 

 

Przechodząc jednak do sedna: Eros Flame to typowy produkt Versace, będący kontynuacją sukcesu pierwszego Erosa i czuć to od razu po psiknięciu na skórę. Otwarcie to słodkie cytrusy znane z Erosa, niestety o podobnym, modnym ostatnio syntetycznym wydźwięku. Jako, ze czuć tu DNA Erosa nie mogło zabraknąć wanilii i tonki, które moim zdaniem odpowiedzialne są za słodkie i lepkie podbicie tonów cytrusowych. Poniekąd przypomina ono Versace Jeans, to wszystko nie jest jednak tak delikatne i spokojne jak w BJ. Mi osobiście takie połączenie odpowiada, jednak nie mógłbym używać go codziennie. Wydaje mi się, że najlepszy okres dla tego zapachu właśnie się zbliża i zima może to być ciekawy mix.

 

Kolejna faza trwania zapachu to raczej kontynuacja tego co w otwarciu plus lekko przyprawowe akordy. Jako wielbiciel róży i geranium w perfumach bardzo liczyłem na wspomniane tony, nie doszukałem się tu jednak ani jednego ani drugiego kwiatu (no, może w bardzo małych ilościach wywąchując się w skórę można znaleźć jakieś lekkie zawirowania w tym kierunku). Porównując do standardowego Erosa mogę powiedzieć, że Flame jest ciut bardziej dojrzały, idący bardziej w stronę pomarańczy niż ananasa i w przeciwieństwie do Erosa tutaj mamy wyczuwalny dodatek przypraw.
Zapach bardziej iskrzy i choć jest w moim odczuciu równie słodki to jednak też ciekawszy.

 

Podsumowując: Całość oceniam pozytywnie, jednak po Versace spodziewałem się czegoś lepszego, bardziej charakternego. Dostaliśmy jednak kolejny zapach „na czasie”, ładny, nie wyróżniający się za bardzo na tle tego co już można znaleźć na rynku.

Twórca kompozycji: Olivier Pescheux
Nuty głowy: chinotto, cytryna, mandarynka, czarny pieprz, rozmaryn;
Nuty serca: róża, geranium, pieprz;
Nuty bazy: cedr teksański, paczula, fasolka tonka, wanilia, drzewo sandałowe, mech dębowy

Rok: 2018
Ocena: 6/10 

Jeśli podoba Ci się mój blog podziel się adresem do niego ze swoimi kochającymi zapachy przyjaciółmi.

 

12/11/2018   Autor wpisu: Mateusz Warzecha

 

Podziel się ze światem:

One comment on “Versace Eros Flame”

  1. Mateusz Warzecha pisze:

    Zapraszam Was także do polubienia profilu strony na facebooku!
    https://www.facebook.com/perfumoholik/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up