Paco Rabanne 1 Million Lucky

Nawet nie wiecie jak bardzo nie znoszę miodu i orzechów w perfumach. To moim zdaniem dwa największe „zamulacze”, które kojarzą mi się jeszcze z latami 80tymi i początkiem 90tych, gdy Ted Lapidus święcił triumfy, a ludzie zaraz po wejściu do pomieszczenia wypełniali swoim zapachem całą dostępną kubaturę. To dwa tak nachalne składniki, że nawet Cartier i Dior nie potrafiłyby z żadnego z nich ukręcić czegoś wysublimowanego.

Gdy dowiedziałem się, o najnowszym flankerze (edycji pobocznej) megahitu od Paco Rabanne noszącego nazwę Lucky wiedziałem, że dzień, w którym poznam ten zapach nie będzie dla mnie szczęśliwy.
Dlatego do testu najnowszego 1 Milliona podszedłem jak pies do jeża. Uderzenie słodyczy na początku jest tak duże, że zaczynam się dusić za każdym razem, gdy woń dociera do moich nozdrzy. Jest nieprzyjemnie, krew we mnie wrze i mam ochotę zedrzeć z siebie skórę aż do kości, na którą zaaplikowałem tego śmierdziela. A zapach dociera do nosa bardzo często i niezwykle ochoczo. Paco słynie przecież z ponadprzeciętnej projekcji i trwałości swoich wyrobów. To właściwie podstawowy klucz ich sukcesu na płaszczyźnie męskich perfum – dają o sobie znać i potrafią nawet z najmniej ekspansywnej osobowości wykrzesać „coś” na wieczór, noc i poranek dnia następnego.


Kompozycja Lucky nie ma nic wspólnego z 1 Millionem. Równie dobrze mogłaby nosić kompletnie inną nazwę i być przelana do innego flakonu. Paco Rabanne to jednak marka, która wyspecjalizowała się w odcinaniu kuponów od swoich hitów, którymi będą zalewać rynek najbliższe dekady.
Dlaczego więc stworzono coś co w ogóle nie przypomina swojego protoplasty? (poza chęcią zarobku oczywiście?)
Domyślać się mogę jedynie, że Paco chciał mieć w swoim portfolio jesienne męskie perfumy w stylu Valentino Uomo, gdzie orzechy zostały podane tak przyjemnie, że nawet ja mógłbym nosić te perfumy (rzadko, bo rzadko, ale jednak).
Niestety, w moim odczuciu nie udało się tym razem stworzyć uniwersalnego jesiennego rozweselacza. Nie matu radości,która jest w nazwie. Lucky to perfumy poważne, a nawet trochę ponure. Nie uświadczam tu nic co miałoby jakikolwiek pazur.
Miód i orzechy tak mocno zdominowały kompozycję, że ani bergamotka, ani wetyweria nie potrafiły wydobyć z tego zapachu jakiejkolwiek iskry.
Całość wydaje się przez to bardzo płaska i pozbawiona życia.
Uważam, że plakaty reklamowe świetnie oddają naturę tego zapachu. Model, którego pozbawiona wyrazu twarz przywodzi na myśl uśmiech Melanii Trump składający palce tak, by pokazać jak bardzo wielkimi naiwniakami są nabywcy tego zapachu „many, many, many, tak cię wycyckamy”.

To nie są perfumy dla każdego. Co więcej, myślę, że to ukłon raczej w stronę starczej klienteli, tej po 60tce, która pamięta jeszcze czasy, gdy perfumy były mniej wysublimowane niż dziś.
Jeśli lubicie słodycz to nic was nie powstrzyma choćby od testów tego potwora. W każdym innym wypadku radzę przejść obok nich obojętnie i nie testować ich w temperaturach dodatnich. Może zabić.


Podsumowując: Jeśli lubicie słodycz to nic was nie powstrzyma choćby od testów tego potwora. W każdym innym wypadku radzę przejść obok nich obojętnie i nie testować ich w temperaturach dodatnich. Może zabić.

Twórca kompozycji: jakiś nieszczęśliwy perfumiarz, który zapomniał się podpisać
Nuty głowy: śliwka, bergamotka, cytryna, nuty ozonowe;
Nuty serca: orzech laskowy, cedr, miód, jaśmin, drzewo kaszmirowe, kwiat pomarańczy;
Nuty bazy: wetyweria, paczula, mech dębowy, drzewo bursztynowe

Rok: 2018
Ocena: 2/10


Jeśli podoba Ci się mój blog podziel się adresem do niego ze swoimi kochającymi zapachy przyjaciółmi.

 

05/04/2019 Autor wpisu: Mateusz Warzecha

Podziel się ze światem:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

perfumoholik.pl @ 2018

Scroll Up