Giorgio Armani Eau de Cedre

Łatwo jest zakochać się w jakimś zapachu do tego stopnia, że od razu chce się zdobyć przynajmniej mały flakon. Po czasie dochodzi się jednak do przekonania, że była to miłość czysto platoniczna, spowodowana interesującą naturą danych perfum. Nowa zdobycz cieszy, ale nie wzbudza już uniesień jakie towarzyszyły za każdym razem, gdy przez głowę przechodziła myśl o kolejnym zakupie. Oczywiście nadal istnieją te małe pierwiastki zauroczenia, które sprawiają, że czując wcześniejszy obiekt westchnień nasza olfaktoryczna miłość na chwilę ożywa. Rzadko zdarza się jednak, by obiekt westchnień okazywał się być tym jedynym którego potrzebujemy, lub jedynym, którego tak naprawdę pragniemy. Tak było w przypadku mnie i nowego zapachu Giorgio Armani Eau de Cedre.

 

Zapach będący kontynuacją linii Eau pojawił się na półkach perfumerii w czwartym kwartale 2015 roku. Premiera przeszła trochę niezauważona, pozbawiona szumnej kampanii reklamowej, naciąganych haseł marketingowych, czy modnego aktora lub modela w spocie bezmelodyjnie wypowiadającego nazwę perfum. Jak się za chwilę okazało dobre broni się samo, a Eau de Cedre jest tego idealnym przykładem.

 

Zaciekawiony soczyście zieloną barwą flakonu z charakterystycznymi dla tej serii quasimetalowymi elementami dość ochoczo podszedłem do testów. To co rzuciło mi się w oczy przy pierwszym psiknięciu to atomizer. Jeden z najlepszych jakie kiedykolwiek dane było mi używać. Obłoki, które wypuszcza bardzo łatwo kontrolować. Co ważne płyn jest rozprowadzany równomiernie niezależnie od wielkości chmurek, a te mogą być niewielkie, lub nawet bardzo duże. Dla mnie to istotny element, ponieważ nic tak nie psuje przyjemności użytkowania nawet najlepszych perfum jak kiepski atomizer.

 

zdj. Mateusz Warzecha 

 

Otwarcie to niewątpliwie jedna z ciekawszych części tej kompozycji, jest bowiem przewidywalne i nieprzewidywalne jednocześnie. Trochę jak ktoś kto zdradza wam, że w domu czeka na was przyjęcie niespodzianka i mimo, że nie będzie żadnego zaskoczenia to bawicie się przednio udając, że o niczym nie wiedzieliście.

 

Już śpieszę wyjaśnić to stwierdzenie: w otwarciu znajdują się cytrusy oraz szałwia, które są bardzo wyczuwalne, i tu paradoks: jednocześnie z otwarciem budzi się baza, w której znajduje się cedr wraz z nutami drzewnymi, herbata oraz zamsz. Ten ostatni zdaje się wpaść na przyjęcie ciut spóźniony, jednak nadrabia ten nietakt dominując całe show, a także pokazując swoje ciepłe i radosne oblicze. Cytrusy i szałwia chyba nie są z tego faktu zadowolone, bo dość szybko opuszczają kompozycję.

 

Na pierwszy plan wychodzi wówczas czarna herbata. Muszę przyznać, że bardzo lubię tę część trwania zapachu, ponieważ trudno znaleźć w perfumach równie interesująco wybrzmiewającą herbatę. Ta oferowana chociażby w wielu kompozycjach Bvlgari jest w moim odczuciu dość umowna i syntetyczna. Po pewnym czasie herbata ustępuje miejsca tytułowemu cedrowi. Cały czas wtóruje mu jednak zamsz, który tak naprawdę nie pozwala, by najważniejszy składnik perfum zdominował kompozycję. Dzięki czemu cedr w tym zapachu nie jest drapieżny i nazbyt drzewny. Wydaje się obły i łagodny. Ten miks dość wyraźnie podbijany kardamonem, liśćmi fiołka i kminem zaczyna wybrzmiewać niczym świeższa wersja Midnight in Paris od Van Cleef & Arpels. Pomimo iż nazwa wskazuje, że to woda cedrowa, to cedr nie odgrywa tu najistotniejszej roli. Trochę szkoda. Wydawać by się mogło, że ta drzewna kompozycja przeniesie użytkownika w sam środek lasu, ona zaś chwyta go delikatnie za dłoń i prowadzi do najbliższego parku. To oczywiście nie jest żadna wada, nie każdy bowiem chce pachnieć dosłownością. Wspomniane liście fiołka, kmin i kardamon, czyli środkowe nuty absurdalnie nadchodzą jako ostatnie. Są jednocześnie tymi, które pozostają na skórze najdłużej, w dodatku będąc najłatwiejszymi do zidentyfikowania. Liście fiołka mają tu dość osobliwą, lekko szminkową naturę. Chwilami odnoszę wrażenie, że wzorowano się w tym aspekcie na męskiej linii Diora.

 

zdj. Mateusz Warzecha 

 

O trwałości i projekcji tych perfum nie można powiedzieć nic złego. Jest w sam raz, czyli zapach wyczuwalny jest na wyciągnięcie ramion nawet do kilku godzin od aplikacji. Nie jest natarczywie, a wręcz przeciwnie – na tej płaszczyźnie króluje harmonia i wysmakowanie.

 

Podsumowując: należy przyznać, że Eau de Cedre to perfumy o bardzo uniwersalnym charakterze. Są łagodne, eleganckie i urzekające. Nie wpisują się w panującą modę na pseudotwardzieli z brodami do kolan. Idealnie nadadzą się do codziennego użytkowania, będąc gustownym akcentem do stroju biurowego, czy eleganckim dodatkiem do wieczorowego ubioru. Ich wszechstronność udowodnia, że człowiek nie potrzebuje dziesiątek flakonów, wystarczy jeden, który zastąpi wiele innych. Właśnie to najbardziej urzekło mnie w Eau de Cedre. Śmiało mógłbym pozbyć się wszystkich innych flakonów z mojej kolekcji i zastąpić je bohaterem tej recenzji. Mógłbym, ale nie chcę. Jestem przecież perfumoholikiem.

Twórca kompozycji: Nikt się nie przyznał, a szkoda
Rok: 2015
Nuty głowy: bergamotka, cytryna, szałwia;
Nuty serca: liść fiołka, kardamon, kmin;
Nuty bazy: zamsz, esencja cedrowa, czarna herbata, nuty drzewne
Kompozycja: 9/10
Trwałość: 8/10
Projekcja: 7/10
Ocena ogólna: 24/30

Jeśli podoba Ci się mój blog podziel się adresem do niego ze swoimi kochającymi zapachy przyjaciółmi.

 

30/10/2018   Autor wpisu: Mateusz Warzecha

Podziel się ze światem:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll Up